Rozmiar: 52015 bajtów

Relacja z koncertu Fantômas'a (12 lipca 2005, klub "Proxima" - Warszawa) by ninail

"Czekaj Fantomasie! Schwytam cię i zostaniesz ukarany!" - te słowa zwykł wykrzykiwać gamoniowaty komisarz Juvé (w tej roli oczywiście niezapomniany Louis de Funes), gdy przebiegły super-złoczyńca po raz kolejny wymykał mu się z rąk. I te zdania kołatały się w mojej głowie podczas podróży do Warszawy. Gdy rok temu szajka Pattona grasowała w stolicy, poprzez swoją opieszałość nie udało mi się dotrzeć na miejsce akcji. Tym razem postanowiłem się przygotować.

Wcześnie zacząłem starania o bilety i bombardowałem organizatorów mailami. W efekcie miałem już tyketa prawie miesiąc przed koncertem. Tego samego, który spoczywał w plecaku trzymanym na kolanach w autobusie jadącym do Warszawy. Nawet informacje o telefonicznej groźbie, która sparaliżowała centrum nie mogła mnie powstrzymać. "Bomba-sromba! Na Fantomasa jadę!". Poza tym, gdy wysiadałem z autobusu na Okęciu sytuacja była już opanowana. Chciałem z tej okazji wyciągnąć papierosa i przypalić go zapalniczką gestem godnym bohatera kryminału noir, ale zorientowałem się, że nie mam papierosa ani zapalniczki, a tak w ogóle to nie palę. Cóż, nie każdemu jest dane pozować na Humphreya Bogarta. Dzięki radom koleżanki Zombie sprawnie i bezproblemowo zlokalizowałem Proximę, po czym razem z innymi fanami cierpliwie czekałem. Autobus zespołu stał już przed klubem i niektórym szczęśliwcom udało się zdobyć autograf Trevora. Sam basista spacerował sobie zresztą po dachu Proximy, pośród krzyków życzliwych polskich wielbicieli ("Trevor! Nie skacz! Życie jest piękne!"). Z relacji wiem, że wcześniej zwiedzał go też Patton."Patton na dachu" - niezły byłby z tego musical...

Tymczasem z wnętrza klubu dochodziły nas dźwięki próby - popisy każdego z muzyków z osobna i kilka utworów zagranych wspólnie: kilka z "Suspended Animation" i "Der Golem" katowany kilka razy.

O 19.30 rozwarły się drzwi do klubu. Bo bezowocnych poszukiwaniach kolegi Quake'a zająłem miejsce w kolejce ciągnącej się po schodach i niedługo byłem w środku, gdzie z miejsca ruszyłem pod scenę. Ustawiłem się w 3 rzędzie naprzeciwko imponującego zestawu perkusyjnego Terry'ego Bozzio. Niezły widok miałem też na "centrum dowodzenia" Pattona. Z głośników płynęła ciekawa płyta zawierająca połączenie gry jakiegoś etnicznego instrumentu (didgeridoo?) i elektroniki, ale po pewnym czasie zaczęła nużyć. "Po pewnym czasie", bowiem zespół spóźnił się przeszło godzinę. Według cgm.pl występ miał się rozpocząć o 20.15, a faktycznie nastąpiło to po 21.30. Początkowo ludzie czekali cierpliwie bawiąc się komórkami i fotografując perkusję w każdej możliwej konfiguracji, ale potem, gdy wywoływanie zespołu w przerwie między puszczanymi z płyty kawałkami kończyło się fiaskiem dało się słyszeć głosy zniecierpliwienia. "Grajcie już, bo się spóźnię do pracy!", "Ej! Bo sobie pójdziemy!" i "Ząb mnie boli!" to te łagodniejsze. Później zrobiło się już bardzo nieprzyjemnie: wycia, ryki i przekleństwa miotane w powietrze. Apogeum chyba przypadało na moment, gdy rzeczoną płytę, którą już chyba większość zdążyła znienawidzić, zapuszczono od nowa.

Publiczność reagowała na każdy znak rozpoczęcia występu. Ach, jakie owacje zebrał techniczny rozstawiający butelki z wodą na scenie! Po pewnym czasie przy podkładzie relaksacyjnej muzyki z pewien sympatyczny głos poprosił po angielsku o cierpliwość i spokój, zapowiedział występ za 10 minut, oraz zalecił wizytę w barze i pozbycie się negatywnych wibracji. "Ten more minutes" powtórzył głos - tym razem obniżony i spowolniony. Ani chybi należał on do samego mistrza Yody, który obawiał się, że zniecierpliwiona publiczność przejdzie na ciemną stronę mocy i wywoła zamieszki. Z głośników zaś popłynęły bliżej nieznane mi kreskówkowe piosenki z (na ucho) lat 50-tych ubiegłego wieku, pełne iście pattonowskich wokalnych popisów i wariactw. Drugi zawierał bulgotanie i nie wiem jak innym, ale mi ten repertuar z miejsca poprawił humor. Niedługo potem przy akompaniamencie "America fuck yeah" ze ścieżki dźwiękowej do "Team America World Police" zespół wkroczył na scenę. Przewodził mu odziany w biały t-shirt osobnik o następujących znakach szczególnych: brylantyna i stale obecny na twarzy demoniczny uśmiech. Panie i panowie: Mike Patton!

Zespół zajął miejsca i bez zbędnych wstępów odegrał combo rozpoczynające ostatnią płytę. "Suspended Animation" reprezentowane było zresztą najliczniej, choć znalazło się miejsce na 2 czy 3 fragmentów "Delirium Cordia" pojedynczych page'ów z debiutanckiego krążka oraz "Omen", "Twin Peaks Fire Walk With Me", "Experiment In Terror", "Der Golem" (2 razy!) i "Cape Fear" z Director's Cut.

Dość powiedzieć, że gdy rozpoczął się występ całe moje znużenie ustąpiło, a na mojej twarzy zawitał szeroki uśmiech, który pozostał aż do końca koncertu, ale postaram się to trochę bardziej rozwinąć. Powrócę na chwilę do rozstawienia muzyków i sprzętów. Zestaw Terry'ego bardziej przypominał klatkę obudowaną z wszystkich perkusjonaliami i człowiek cierpiący na klaustrofobię takiego natłoku sprzętów mógłby nie przetrzymać. Dodatkowo na wyposażeniu były schładzające pałkera dwa wentylatory, na które łapczywie spoglądałem stojąc stłoczony pod sceną, oczekując na koncert i podrygując do puszczanej muzyki celem zachowania równowagi psychicznej. Buzz i Trevor grali w drugiej linii, a gdzieś na tyłach sceny zaszył się techniczny. Przed zabawkami Pattona znajdowały się nadziane na mikrofony 2 korpusiki lalek wygrywających melodyjki, przy których Mike majstrował podczas niektórych utworów ("hello! press a button!"). Koncert był doskonale zaplanowany i dopracowany - tu nie było miejsca na niepotrzebne akcje. Każdą wolną sekundę muzycy wykorzystywali na łyk wody (lub, w przypadku Pattona, red bulla), a Terry Bozzio w przerwach między utworami błyskawicznie przewracał strony w spoczywającym przed nim zafoliowanym zapisie nutowym (sic!). Widać było oszałamiającą precyzję, z jaką grali muzycy zsynchronizowani znakami wydawanymi przez Mike'a, który dodatkowo z niesamowitym wyczuciem czasu odpalał kolejne dźwięki z samplera. W pewnym momencie zaczął kląskać i cmokać, jak to tylko on potrafi, co skończyło się obślinieniem mikrofonu, gdy znowu przykleił się do niego po siarczystym splunięciu. Panowie "strunowcy" również mieli podstawione mikrofony, by przyklaskiwać w paru miejscach, a Trevor wspomagał sporadycznie Pattona wokalnie. Buzza niestety nie mogłem obserwować, ponieważ zza perkusji widziałem tylko jego fragment jego bujnej fryzury, ale i tak prawie cała moja uwaga skupiona była na frontmanie Fantomasa. I trudno się dziwić, bo o ile widok grającego nawet po wirtuozersku muzyka nie wzbudza zdziwienia, to zachowanie Mike'a: jego wokalne popisy, niesamowita ruchliwość i gesty, którymi dyrygował kolegami z zespołu jest niesamowitym zjawiskiem. Inni muzycy także nie próżnowali.

Bozzio odegrał niesamowite solo obserwowany czujnym okiem szefa zespołu, który nonszalancko oparł się o ścianę i z wyraźnym zadowoleniem kiwał głową komunikując się w ten sposób z bębniarzem. Jedna akcja musiała mu się nie spodobać, bowiem zdarzyło mu się nią pokręcić, ale po chwili wszystko wróciło do normy. Podobna sytuacja zdarzyła się z Buzzem wygrywającym jazgotliwą i agresywną partię gitarową oscylującą wokół wysokich częstotliwości. Gdy w pewnym momencie zaczął cichnąć, Patton ciągle uśmiechnięty uniósł brwi robiąc minę o wymowie: "to wszystko?", po czym nadal potakiwał z aprobatą, gdy King Buzzo powrócił do torturowania publiczności.

Widać, że zespół był w wyśmienitej formie i gdy usłyszałem utwór zamykający "Suspended Animation" nie mogłem uwierzyć, że to już koniec. I nie był, bowiem zamiast finałowego sampla ("well, what did you expect in opera? a happy ending") usłyszałem gładkie przejście w kolejny utwór. Zasadniczą część koncertu zakończył, jak sądzę, ten zwieńczony "bye, bye". Patton przedstawił Terry'ego Bozzio publiczności, rzucił twardo "good night", po czym Fantomas zszedł ze sceny.

Publiczność jednak nieustępliwie wywoływała zespół z powrotem, a ten nie dał się długo prosić. Kwartet kolejny raz pojawił się na scenie i odegrał "Der Golem". "That sucked" stwierdził Mike po zakończeniu i dodał, że ponieważ tak bardzo kocha Polskę, spróbują jeszcze raz. Następne wykonanie musiało go zadowolić, ponieważ ukontentowany pokazał perkusiście wyciągnięty kciuk, powiedział "that's more like it" i słowami: "well we have one more and you're ready to go home and eat your fucking pierogis" zapowiedział "Cape Fear", który definitywnie zakończył koncert. Całość trwała nieco ponad godzinę, jednak było to "samo gęste". Żadnych dłużyzn ani słabych momentów, tylko czysta energia oraz niesamowity kunszt i talent wszystkich czterech muzyków. Zmasowany atak kreskówkowego szaleństwa, jaki sprawił słuchaczom Fantomas rozłożyłby na łopatki najbardziej wymagającego fana. Ja w każdym razie nie mogłem wymagać więcej. Oby więcej takich koncertów.

ninail



Copyright © 2004-2005 by GaCiE
www.mikepatton.neostrada.pl All Rights Reserved